Rejs do Dziwnowa 2013

Od dłuższego czasu „chodziła” mi po głowie pewna myśl: ” od dziecka jeździłem nad morze, a to kiedyś z rodzicami pociągiem czy autobusem, później już samochodem, więc pomyślałem: dlaczego by po prostu na te tzw. wczasy nie popłynąć?” Raz po raz spoglądając na mapę naszego regionu sprawa wydawała się dość oczywista, tzn. zaczynamy na Odrze w moim przypadku z przystani w Gryfinie i do Szczecina, dalej Przekopem Mieleńskim na Zalew Szczeciński, no i później do wyboru: albo kierunek Świnoujście albo Wolin i Zalewem Kamieńskim do Dziwnowa. W teorii wydawało się to proste, ale diabeł tkwił w szczegółach jak zwykle:)…
Odcinek do Trzebieży znałem już wcześniej pływając z w tych okolicach wielokrotnie, co się z tym wiąże także południową część Zalewu Szczecińskiego i poznałem co nieco nieprzewidywalność tego akwenu. W założeniu miał to być najtrudniejszy odcinek i tak też okazało się w praktyce. Jednostka która tym razem została wybrana na podróż to półkabinowa łódź motorowa z silnikiem głównym Tohatsu o mocy 50 km oraz awaryjnym elektrycznym 24V o mocy po przeliczeniu około 2 km no i oczywiście pagaje:). Wybierając się na taką podróż trzeba było zadbać aby na wszelki wypadek było coś awaryjnego by dostać sie do brzegu. Reszta wyposażenia zaplanowana z myslą o różnych możliwych przebiegach rejsu. Planowany czas wyprawy około 8 dni.
Rejs rozpoczęliśmy wraz z Dianą zgodnie z planem w Gryfinie. Do Trzebieży w miarę standardowo, w połowie wrześnie pogoda była jeszcze dobra około 20 stopni, spokojna woda. Problemy zaczęły się po wpłynieciu na Zalew, niestety mała średnia głębokość tego akwenu często przyczynia się do znacznego falowania (trafić na „ciszę” na Zalewie w ciagu roku trzeba mieć szczęście) na co i my natrafiliśmy. Dla większych jednostek w owym dniu było to bez znaczenia ale dla naszej pięcio metrowej robiło różnicę. Po minięciu Wyspy Chełminek trzymaliśmy się bliżej prawej strony Zalewu obierając kurs na Wolin. Po 1,5 godzinnych emocjach na fali można było w końcu odetchnać cumując do nabrzeża w Wolinie. Tu również trzeba było na chwilę zdemontować anteny, by móc spokojnie przepłynąć pod małym mostem. Dalej czekała nas rzeka Dziwna do Zalewu Kamieńskiego. Mieliśmy nadzieję że na tym odcinku możliwe będzie zwiększenie tempa, niestety różnie z tym bywało, gdyż im bliżej Kamienia Pomorskiego tym coraz więcej woda zarastała zielenią, głębokość zresztą także nie jest tu największa, momentami trzeba było więc zatrzymać się by oczyścić śrubę z roślin. Na wysokości Kamienia Pom. zaskoczyłą nas niestety ulewa która stopniowo przerodziłą się w burzę. Mimo więc że byliśmy blisko Dziwnowa, woleliśmy nie ryzykować i przeczekaliśmy w niedawno wybudowanej Marinie w tym mieście. Była więc okazja zwiedzić co nieco to miejsce, infrastruktura jest tam zadowalająca – szkoda że takie miejsca póki co na naszych szlakach wodnych nie za często można spotkać… Po tym przymusowym przystanku ruszylismy dalej, do Dziwnowa spokojnym tempem mieliśmy jeszcze tylko maksymalnie 30 minut.
Dopływając do miasta znaleźć trzeba było jeszcze naszą bazę którą wybralismy na te kilka dni; była to Marina „Polmax”, świetne położenie przy samej rzece Dziwnej no i już tylko z jakieś 200 metrów do wyjścia na pełne morze. Wcześniej znowu czekał nas mały demontaż anten przed mostem obrotowym:) Na wyjście w morze trzeba było trochę poczekać, gdyż nastepnego dnia wiatr był na tyle silny że nawet dużo większe jednostki od naszej niezbyt chętnie opuszczały port. W końcu jednak cel został osiągnięty – wyjście w morze i mała wycieczka wzdłuż wybrzeża do Międzyzdroji. Po drodzę udało się także przeprowadzić łączności przez przemiennik SR1Z w Kołowie, jedynie z APRSem na tym obszarze był trochę problem, ale ramki w razie czego wchodziły także niekiedy przez DIGI na Bornholmie więc ślad jakiś także się zachował.
Później pogoda na szczęście dopisywała, wiec z kolejnymi rejsami po morzu wzdłuż wybrzeża, czy to w kierunku Niechorza czy Międzyzdroji nie było już problemu. Jeden dzień poświeciliśmy także na popływanie po Zalewie Kamieńskim opływajac całą wyspę Chrząszczewo. Tutaj jak już wspominałem wcześniej, trzeba było bardzo uważać na bujną roślinność „przyklejającą” się do naszej śruby, zwłaszcza bliżej wyspy od jej południowej strony. Czas pobytu mijał nieubłagalnie i trzeba było niestety wracać. Powrót minął znacznie szybciej choć nie obyło się bez pewnych przygód które nie przeszkodziły jednak w szczęśliwym powrocie do domu:) Rejs był fajną przygodą,polecam! Następnym razem pomyśleć trzeba o obraniu kursu na morze przez Świnoujście, może już w przyszłym roku?

Poniżej kilka zdjeć z wyprawy oraz zrzuty z zapisanej przez APRS trasy, całej oraz poszczególnie wybranych odcinków.

Cała trasa:

2013-08-31 21_12_59-Google Maps APRS

Odcinek Wolin-Kamień Pomorski:

2013-08-31 21_15_05-Google Maps APRS

Odcinek przez Zalew Szczeciński:

2013-08-31 21_15_42-Google Maps APRS

Pierwsze wyjście na morze:

pierwszy REJS na MORZE

APRS wchodzący przez Bornholm:

APRS przez Bornholm

Zdjęcia: